Menu górne

REKLAMA

  • Reklama
Dziś jest 05 lipca 2020 r., imieniny Antoniego, Karoliny

Urząd jest dla ludzi, nie odwrotnie

Ikona
(Zam: 15.03.2011 r., godz. 12.32)

Janusz Wultański, który 4 marca rozpoczął pracę jako zastępca wójta, zdradził kulisy powołania go na to stanowisko, określił swoje priorytety w zarządzaniu i koordynowaniu oświatą w gminie, opowiedział o swojej rodzinie i hobby, którym jest pszczelarstwo.

Wyszkowiak: Kiedy zaproponowano Panu stanowisko wicewójta?
Janusz Wultański: – Startowałem w poprzednich dwóch wyborach na wójta, w ostatnich, choć mi to proponowano, zdecydowałem się tego nie robić. Porozumiałem się z Pawłem Kołodziejskim i ustaliliśmy, że nie będziemy rozdrabniać głosów, i jeśli on wygra, powoła mnie na stanowisko zastępcy wójta. Tak też zrobił, i zaoferował mi zajmowanie się oświatą i sportem.

Zakres tych kompetencji ustalono przed wyborami? Miał Pan wpływ na to, co będą obejmować?
– Przed wyborami temat nie był poruszany. Potem wójt przedstawił taką propozycję, a ja się zgodziłem.

Czy takie porozumienie oznacza koalicję PiS-PSL?
– Zjednoczyliśmy siły, żeby pokonać Kozona, i udało się. Można powiedzieć, że to jest koalicja, nieformalna, bez pisemnych umów. Znam Pawła Kołodziejskiego od dawna, ufa mi, a ja ufam jemu.

Czym zajmował się Pan do tej pory? Jakie ma Pan doświadczenie w pracy w oświacie, samorządzie?
– Skończyłem Akademię Rolniczo-Techniczną w Olsztynie. Do chwili obecnej prowadziłem własną działalność gospodarczą. Byłem radnym gminnym dwie kadencje, byłem też radnym powiatowym, złożyłem już mandat. Kierowanie oświatą to dla mnie nowość, podejmę studia podyplomowe, z pewnością bardzo mi to pomoże.

Czy zamierza Pan realizować elementy programu wyborczego PiS, dotyczące oświaty?
– Partyjne programy nie zawsze mają przełożenie na funkcjonowanie oświaty w danej gminie, pracę danych szkół. Myślę, że trzeba przede wszystkim kierować się zdrowym rozsądkiem i konkretnymi potrzebami. PiS kładzie nacisk na utrzymanie małych szkół, ale jeśli gmina nie jest w stanie ich utrzymać, trzeba przedsięwziąć jakieś kroki, które pogodzą wymogi budżetu i dobro dzieci. Małe placówki są bardzo dobre, ponieważ poziom nauczania jest w nich wysoki, jest mniej zagrożeń, dzieci nie mają daleko do miejsca nauczania. Jednak wymogi finansowe są nieubłagane. Jeśli stoi się przed wyborem: likwidować czy przekształcać, oczywiste jest, że lepiej przekształcić.

Według Pana, poziom nauczania w szkole prowadzonej przez gminę i przez stowarzyszenie jest porównywalny? Czy w gminie są szkoły, które mogą być przekształcone?
– Poziom jest porównywalny, taka szkoła ani gorzej nie uczy, ani gorzej nie funkcjonuje. W naszej gminie szkoła prowadzona przez stowarzyszenie funkcjonuje w Dąbrowie – dobrze pracuje, ma dobrą opinię. Co do szkół przewidzianych do przekształceń, budzących ostatnio duże kontrowersje, nie ma u nas takich, które powinny się ich obawiać.

Czy w dotychczasowym sposobie prowadzenia spraw oświaty w gminie jest coś, co chciałby Pan zmienić? Co będzie dla Pana priorytetem, szczególnie ważne w kierowaniu oświatą?
– Za wcześnie mówić o zmianach, nie chcę pochopnie wydawać ocen, dopóki nie będę dobrze zorientowany w tych sprawach, pracuję dopiero od kilku dni. Chciałbym jednak z pewnością skupić się na promocji zdolnych, chętnych do nauki i ambitnych uczniów. Warto w nich inwestować, gdyż mogą wysoko zajść, mają jakiś talent. To potem się zwraca, z korzyścią dla gminy, dla której jest to także promocja. Ważniejszy jest jeden niż dziesięć tysięcy, jeśli jest najlepszy. Interesuje mnie również podniesienie poziomu wyników egzaminów kończących szkoły podstawowe i gimnazjalne. Będę w tych sprawach konsultować się z dyrektorami szkół.

Dlaczego kandydował Pan na wójta, co wpłynęło na podjęcie tej decyzji?
– Bardzo nie podobało mi się podejście władz do ludzi, sposób sprawowania władzy. Powodowało to złe funkcjonowanie gminy i skłócało ludzi, również na płaszczyźnie codziennych, prywatnych kontaktów. Bywało, że jeśli ktoś spotkał się i rozmawiał z nieodpowiednią osobą, zaraz był wzywany na dywanik.

Jak zatem Pan zamierza sprawować urząd, jaki będzie pański styl pracy?
– Chcę być otwarty dla każdego. Wszelkie decyzje w zakresie oświaty zamierzam konsultować, nie będę wykonywał pochopnych kroków. Przez najbliższy czas zamierzam obserwować, uczyć się, polegać na ludziach doświadczonych. Przyszedłem „z zewnątrz”, mam świeże spojrzenie. Oczywiście, są tego plusy i minusy. Plusem jest to, że wiem, jak to jest przychodzić do urzędu jako petent. Będę słuchał ludzi, rozmawiał. To urząd jest dla ludzi, nie ludzie dla urzędu.

Rodzina jest wsparciem, pomaga, trzyma kciuki?
– Tak, oczywiście. Moi bliscy wiedzą, że jestem zdecydowany, nie zrezygnuję z celu, który sobie obiorę. Są dumni ze mnie, ja z nich. Jeden syn skończył Gimnazjum i Liceum Akademickie w Toruniu, w czerwcu będzie bronił pracę magisterską, kończy Politechnikę Warszawską. Drugi syn uczy się w Liceum im. S. Batorego w Warszawie. Nie mam doświadczenia zawodowego w oświacie, ale mnie i żonie udało się ich dobrze wychować, ukierunkować. Nigdy nie było z nimi problemów, rozmawiałem, dawałem wolną rękę – i obserwowałem, czy wszystko dobrze się układa.

Posiada Pan jakieś hobby?
– Hoduję pszczoły. Proszę zwrócić uwagę, że są one też w herbie gminy. Czasem mnie to zastanawia, bo są u nas co prawda tradycje bartnickie, ale są regiony Polski nieporównywalnie bardziej „pszczelarskie”, jak warmińsko-mazurskie, podkarpackie. Mój ojciec pamiętał, że kiedyś pszczelarstwo było u nas bardziej popularne. Mam obecnie 20 uli i śmiało mogę stwierdzić, że smak takiego swojskiego miodu jest nieporównywalny do smaku miodu ze sklepu. Pszczoły to szczególne stworzenia, one nie zdychają, tylko umierają. Mogą użądlić opiekuna, ale na jego „życzenie”, kiedy np. je przygniecie, przyciśnie. Kiedy już użądli, umiera. Nie wolno wtedy jej uderzać jak np. komara, przez pacnięcie, bo w ten sposób wbija się żądło. Należy ją zsunąć.

Wierzy Pan, że sprawdzi się w pracy samorządowca, wicewójta?
– Zawsze byłem optymistą, nigdy się nie załamywałem. Mam 50 lat, dużo przeżyłem. Nie boję się wyzwań i poradzę sobie z obowiązkami, to tylko kwestia czasu.

Rozmawiała
Ewa Elward

Napisz komentarz

Dane teleadresowe

Wydawca: Tygodnik Informacyjno-Reklamowy "Wyszkowiak" S.C.

Redakcja: Justyna Pochmara, Irena Prusińska, Hanna Zielińska (kolportaż).

Adres redakcji:
ul. Gen. J. Sowińskiego 61, 07-202 Wyszków, tel./fax (0-29) 742-07-05,
e-mail: redakcja@wyszkowiak.pl

Nr konta: IdeaBank 20 1950 0001 2006 0617 8079 0002

Redakcja zastrzega sobie prawo skracania nadesłanych materiałów i nie odpowiada za treść reklam oraz listów do redakcji.

Tekstów nie zamówionych nie zwracamy. Reklamy przyjmowane są w siedzibie redakcji.

REKLAMA

  • Reklama
  • Reklama
  • Reklama

Projekt witryny

Wykonanie: INFOSTRONY - Adam Podemski, e-mail: adam.podemski@infostrony.pl