Menu górne

REKLAMA

  • Reklama
Dziś jest 24 października 2020 r., imieniny Anety, Marcina

Co w życiu tak naprawdę jest ważne?

(Zam: 25.03.2015 r., godz. 17.22)

Mija nam dzień za dniem – najpierw na nauce, potem pracy. Chcemy być szczęśliwi, zdrowi, żyć długo. Szczęście często wiążemy z posiadaniem pieniędzy. Niby szczęścia nie dają, ale mało kto kufereczkiem stóweczek pogardzi (że sparafrazuję słowa szlagieru Danuty Rinn). Wcześniej czy później (niestety, często zbyt późno…), każdy z nas doznaje olśnienia, że… to nieprawda. Poniżej jeden przykład.

Pierwsza praca, jaką w życiu podjąłem, a było to w połowie lat 90. to była praca w tworzącym się wtedy w Warszawie przy Instytucie Matki i Dziecka Hospicjum dla Dzieci. Pracowałem w charakterze pracownika socjalnego. Moim zadaniem była pomoc rodzinom dzieci chorych terminalnie w przeżyciu ostatniego okresu ich życia. Pomoc we wszystkich sprawach życiowych w taki sposób, by mogli się skupić na tym, co najważniejsze – spędzeniu tego czasu jak najbliżej swego dziecka. W atmosferze miłości, pojednania. Spełnienia ostatnich życzeń i próśb odchodzącego z tego świata.
Nasz kontakt z rodzinami umierających nie kończył się wraz ze śmiercią dzieci. Przeciwnie. W większości przypadków zacieśniał się i wzmacniał. Byliśmy przecież świadkami i współtowarzyszami – jak mówili – najważniejszych chwil ich życia. Nas nie musieli zapewniać o życiu i wartości życia nieżyjącego już, ale tak przez nich kochanego, ich własnego dziecka. Nas nie musieli się wstydzić, że ciągle o nim myślą i chcą o nim opowiadać. Nie narażali się na uwagi, że to niestosowne, nienormalne, by wciąż go wspominali i tym się „zadręczali”. Nie słyszeli pocieszeń, gdy zbierało się im na płacz. Nie przechodziliśmy na drugą stronę ulicy na ich widok, by ich unikać, jak czyniła to większość dawnych znajomych, często wydawało im się, że dawniej bardzo im bliskich.
Czemu tak robili? Po prostu nie wiedzieli, jak mają się zachować. Nie chcieli ich narażać na dodatkowe cierpienie. Ale jakie „dodatkowe cierpienie” można zadać komuś, kto doznał aż tak wiele – przeżył śmierć własnego dziecka? Czym można zadać to cierpienie? Rozmową o zmarłym? Dawaniem rad, jak ma teraz się zachowywać, żyć? „Więc jeśli nie wiem, jak się zachować, to najlepiej zrobię, jeśli uniknę spotkania” – przyznawali ci, co tak robili, ale się w końcu przełamywali i zbliżali. „Boże, jak dobrze, że to zrobili” – podkreślali potem cierpiący w osamotnieniu po śmierci własnego dziecka…
Długo zastanawialiśmy się, co można zrobić dla przeżywających żałobę. Mieliśmy świadomość, że to rzeczywiście dużo: z czułością im towarzyszyć – chłonąć, jak gąbka, to, co mówią. Słuchać ich. Być. Trzymać za rękę. Pozwalać płakać. Bez końca tonąć w ożywczych wspomnieniach. Ale my byliśmy dla nich – wprawdzie serdecznymi, drogimi, ale jednak – „innymi”. Osobami, dla których ciężar i ból doznanych przez nich przeżyć był abstrakcją. Im tak naprawdę mógł pomóc tylko ktoś, kto sam doświadczył tego samego… Powtarzaliśmy to sobie w kółko i wreszcie zrozumieliśmy, że musimy utworzyć grupę samopomocy. Stworzyć warunki do regularnych spotkań i pozwolić się spotykać rodzinom, które straciły (na tym świecie) dzieci.
Utworzona przy Warszawskim Hospicjum dla Dzieci grupa wyszła naprzeciw głęboko skrywanym potrzebom rodzin. Nie wszyscy z niej skorzystali, ale dla wielu stała się czymś, co podtrzymało ich przy życiu i powolutku, stopniowo, pomagało żyć z ciężkim brzemieniem, jakim było zmaganie się ze stratą. Stratą ukochanego dziecka. W grupie spotykali innych, tak samo ciężko doświadczonych przez los. Mówili sobie nawzajem, jak trudno im wstawać rano. Budzić się ze świadomością, że już nigdy nie dotkną swego najdroższego, noszonego pod sercem Michała, Basi, Andrzeja. Nie przytulą. Nie usłyszą, jak się śmieje, jak opowiada z przejęciem, co przeżył w ciągu dnia w szkole, gdy był z kolegami na wycieczce. Mówili o tym wszystkim ze świadomością, że słucha tego ktoś taki sam, jak oni. Słucha, by za chwilę opowiedzieć, że przeżywa to samo. „Ale jemu zmarło dziecko rok wcześniej, niż mi” – przekonywali się w duchu, a potem głośno przyznawali, jakby dla podkreślenia, na czym polegała moc grupy samopomocy i udzielanego sobie wzajemnie wsparcia – „i wciąż jeszcze żyje, nie oszalał, nie postradał zmysłów!?”. Tylko takie osoby były wiarygodne i utrzymywały ich przy życiu. Tylko informacje od nich czerpane, jak sobie radzili z niewyspaniem, nieutuleniem w żalu, ciężarem bólu, były dla nich cenne i konstruktywne. I uczyli się od siebie nawzajem, jak dalej żyć…
Robią to dalej. Do dziś. Grupa istnieje już blisko 18 lat. Niosąc pomoc kolejnym, którzy potrzebują pomocy w czasie największej próby:przeżywania żałoby po śmierci własnego dziecka.
Długo można by opowiadać o tym, jak wartościowe, nieocenione były spotkania grupy samopomocy. Także dla nas, je organizujących i czuwających nad tym, by podczas ich trwania nikt nikogo nie oceniał, nie osądzał, a jedynie skupił się na własnych przeżyciach, przykładach radzenia sobie z własnym cierpieniem. Każde z nich głęboko zapadło mi w pamięć. I dodawało (dodaje) sił do życia. Przygotowywało do tego, co jeszcze mnie czeka. Przytoczę tylko jedno wspomnienie. Taty Maryni, jego jedenastego dziecka. Które gasło w łóżku jednego z warszawskich szpitali, ale w tym czasie przesłoniło mu cały świat i stało najważniejsze.
Opowiadał nam, jak siedział godzinami przy Maryni. Z czułością i serdecznością ją dotykał. Cieszył najdrobniejszą oznaką zainteresowania z jej strony. Radością w jej oczach, że przy niej był. A gdy w końcu musiał od niej odejść, wyjść ze szpitala, stawał często na schodach wyjściowych i stał tam na nich, wciąż będąc myślami przy swojej córce. Powoli ogarniał go zgiełk miasta. Idący gdzieś w pośpiechu ludzie. Pędzące samochody. Szum, blask, ruch. I wtedy przychodziła do niego taka myśl: „Boże, po co to wszystko? Gdzie ja się śpieszę, do czego dążę? Ta gonitwa, robienie kariery, zarabianie wciąż większych pieniędzy, kosztem rodziny, wspólnie spędzanego czasu? Dla mnie to, co najważniejsze, zostało za tymi drzwiami. Przy mojej najcudowniejszej, jedynej, niepowtarzalnej Maryni”. A zwracając się do nas, rzekł: „Róbcie wszystko, by z kontaktu z waszymi dziećmi zatrzymać jak najwięcej, ile tylko i jak wiele zdołacie. Bo szanse na to szybko i nieodwracalnie uciekają…”.
W życiu można otrzymać wiele prestiżowych nagród, dyplomów, odznaczeń. Od przełożonego, burmistrza, starosty, prezydenta. Nie wiem, czy kiedykolwiek doczekam się jakiegoś tego typu wyróżnienia. Przecież tylko nieliczni i nie zawsze ci najbardziej zasłużeni mogą na to liczyć. Ale są od tych wyróżnień ważniejsze, cenniejsze i – co najistotniejsze – dostępne każdemu. Gdy drugi człowiek okaże, jak my sami, nasza praca, działanie, stały się dla niego wartościowe, dały mu oparcie i siłę do życia. Gdy na myśl o tym, co dla niego zrobiliśmy, odzyskuje siłę i wiarę.
Życzę wam, drodzy czytelnicy, byście w swoim życiu jak najwięcej odcisnęli takich trwałych śladów w sercach innych ludzi. Gdy dzięki waszej obecności, podjętemu przez was działaniu ktoś poczuł się szczęśliwy albo przynajmniej mniej samotny. Bo tylko to tak naprawdę liczy się w życiu.
Artur Laskowski

***

Lustro – cykl felietonów autorstwa Artura Laskowskiego, polityka społecznego, społecznika, dziennikarza na stałe współpracującego z „Wyszkowiakiem”. Pisze artykuły do „lustra”, by się w nim przejrzeć, popatrzeć na siebie, na swoje wybory. Pomyśleć choć przez chwilę, co robi, dokąd zmierza. Trochę w nawiązaniu do piosenki legendarnej „Republiki” pt. „Tak… tak, to ja” i słów „w końcu ci (sobie) powiem, to co myślę, tak prosto w twarz”. Zachęca do aktywności społecznej, obywatelskiej, podaje przykłady postaw i działań, które mogą zainspirować, natchnąć do działania, zwraca uwagę na sprawy społeczne pomijane lub niezauważane na co dzień.

Komentarze

Dodane przez Jasna sprawa, w dniu 25.03.2015 r., godz. 22.59
Panie Laskowski, z grona pomiędzy aroganckim Bocianem a nieciekawym Woźniakiem, wybieram Pana. Zastanawiam się jednak nad tym, co skłoniło Pana do aliansu wyborczego z tymi ludzmi?
a
Dodane przez a, w dniu 26.03.2015 r., godz. 14.47
Apeluje do redakcji, nie wrzucajcie tych bredni do gazety.
Dodane przez Felieton napisano nowosielsko., w dniu 27.03.2015 r., godz. 14.25
Panie Laskowski, nie czytam pana felietonów i nie będę czytał. Tworzył pan komitet wicestarosty, a to niewybaczalne, bo pan wicestarosta wiele złego zrobił i funflował się z burmistrzem Nowosielskim. Wolę felietony Osęki bo są ciekawe i są jak pudełko czekoladek, co tydzień niespodzianka. Bodio muszę znosić bo to pomysł naszej redaktor Justynki. Choć skok na SKOK budzi u mnie dreszcze.
Dodane przez PanKracy, w dniu 28.03.2015 r., godz. 09.24
Bodio to głos z innej, jakże ważnej, półki. Warto też wiedzieć co myślą i w jakich kategoriach tam na górze. Po lekturze felietonów mam pewne obawy.
afuj
Dodane przez ****, w dniu 28.03.2015 r., godz. 12.52
Obrzydlistwo. Kto to wypisuje takie brednie. Popieram aaa.
ale czary mary
Dodane przez radek, w dniu 29.03.2015 r., godz. 14.19
Panie Laskowski nie czaruj Pan ludzi........
czy ktoś umie czytać ze zrozumieniem?
Dodane przez ruda, w dniu 14.04.2015 r., godz. 17.55
gość pisze o umierajacych dzieciach,bezpowrotnych chwilach,ludzkiej bezradności wobec nieodwaracalności pewnych zdarzeń tragicznych a wy szanowni czytelnicy wylewacie jad i pomyje bo szpak bociana a bocian wać pana.Gość pisze o swej pracy w hospicjum a wy o tym że burmistrz to drań. Czy ktoś tu umie czytać ze zrozumieniem? chociaż nie! do nienawisci nie trzeba nic rozumieć.
trochę rozumu trzema mieć w głowie.....
Dodane przez zenia, w dniu 26.05.2015 r., godz. 19.19
Podpisuje się pod Rudą. Ludzie nie znają życia, nie wiedzą jak to jest jak się traci bliską osobę mając 12 lat. jak cały świat może legnąć w gruzach w jednej chwili. Jak matka patrzy kiedy ratują życie jej dziecka i zastanawia się co powie lekarz kiedy wyjdzie z zabiegowego. Czemu w ludziach jest tyle zawiści, kłamstwa, obłudy, zazdrości. Może inaczej będą patrzeć na życie jak właśnie te osoby dosięgnie nieszczęście, choć tego nie życzę nikomu.

Napisz komentarz

Dane teleadresowe

Wydawca: Tygodnik Informacyjno-Reklamowy "Wyszkowiak" S.C.

Redakcja: Justyna Pochmara, Irena Prusińska, Hanna Zielińska (kolportaż).

Adres redakcji:
ul. Gen. J. Sowińskiego 61, 07-202 Wyszków, tel./fax (0-29) 742-07-05,
e-mail: redakcja@wyszkowiak.pl

Nr konta: IdeaBank 20 1950 0001 2006 0617 8079 0002

Redakcja zastrzega sobie prawo skracania nadesłanych materiałów i nie odpowiada za treść reklam oraz listów do redakcji.

Tekstów nie zamówionych nie zwracamy. Reklamy przyjmowane są w siedzibie redakcji.

REKLAMA

  • Reklama
  • Reklama
  • Reklama

Projekt witryny

Wykonanie: INFOSTRONY - Adam Podemski, e-mail: adam.podemski@infostrony.pl