Menu górne

REKLAMA

  • Reklama
Dziś jest 13 grudnia 2018 r., imieniny Łucji, Otylii

Ultrakolarz ze Skuszewa

(Zam: 21.07.2018 r., godz. 08.30)

Mieszkaniec Skuszewa, Piotr Koński, w drugim tygodniu lipca wystartował w unikatowym w naszym kraju ultramaratonie rowerowym Wisła 1200. Poniżej publikujemy jego relację z tej niezwykłej przygody.



Trasa rajdu liczyła blisko 1 200 km i biegła wzdłuż Wisły – od jej źródeł na Baraniej Górze (nieopodal granicy polsko-czesko-słowackiej) aż do ujścia w Gdańsku. Na trasie stanęło blisko 250 zawodników i zawodniczek z całego świata, w tym, z 221 nr startowym Piotr Koński ze Skuszewa. Poniżej relacja kolarza ze swojej przygody z maratonem Wisła 1200:
„Witam, nazywam się Piotr Koński, jestem ze Skuszewa. Za namową swoich znajomych postanowiłem opisać moją ostatnią przygodę. Po raz pierwszy w Polsce odbył się ultramaraton rowerowy, w którym wystartowałem. Prawie 1 200 km wzdłuż Wisły – bez wsparcia z zewnątrz. Od źródeł na Baraniej Górze do ujścia w Gdańsku.
Trasa wytyczona była po nadwiślańskich drogach, szutrach, ścieżkach, skarpach i wałach. Jazda po ruchliwych drogach wojewódzkich i krajowych została ograniczona do absolutnego minimum, tak aby zapewnić bezpieczeństwo i komfort obcowania z przyrodą i historią, których próżno szukać gdziekolwiek indziej w Europie.
Po drodze mijaliśmy rozległe starorzecza i rozlewiska pełne dzikich ptaków, wydmy i piaskowe łachy, a także klimatyczne miasteczka, w których czas jakby się zatrzymał. Rowerowy Maraton Wisła 1200 to nie tylko Kraków, Warszawa, Toruń i Gdańsk. Droga zachwyciła też urodą i osobliwością Janowca, Sandomierza, Zawichostu, Płocka, Dobrzynia, Chełmna, Świecia, Grudziądza i Gniewu. A pomiędzy nimi mozolny, kolarski wysiłek i pokonywanie własnych słabości bez wsparcia z zewnątrz.
Przed startem w RMW 1200 jeździłem trochę z dużymi sakwami, ale w ostatnich latach prężnie rozwija się bikepacking, czyli podróżowanie w trudnym terenie z lekkim bagażem. Co też pochłonęło mnie do reszty i musiałem zmienić rower na nowy. Gdy tylko usłyszałem o imprezie RMW 1200 wiedziałem, że muszę tam wystartować. Pierwotne założenia były takie, żeby przejechać dystans w limicie czasu 200 godzin, co dawało około 150 km na dzień. Plany te zmieniłem, z uwagi na bardzo dobre przygotowanie i postanowiłem powalczyć o jak najlepszy wynik. Co nie było łatwe, bo już od pierwszych kilometrów miałem pod górkę. Po przejechaniu 50 km trasy miałem wypadek, który kosztował mnie kontuzję ręki i zniszczony telefon (z wgraną trasą maratonu). Pierwszym większym miastem miał być dopiero Kraków, oddalony o jakieś 180 km od miejsca mojego wypadku. Nie mając nawigacji z trasą, nie zostało mi nic innego, jak podczepić się pod kogoś i pedałować razem z innymi, co z czasem stało się irytujące. Jak wspomniałem, byłem w świetnej formie, noga naprawdę dobrze mi podawała, a wyprzedzając zawodników, z którymi aktualnie jechałem musiałem i tak czekać na pierwszym napotkanym skrzyżowaniu lub dać z siebie wszystko i gonić, gdy kogoś zobaczyłem na horyzoncie. Do Krakowa dotarłem około 19.00 pierwszego dnia i tam straciłem dodatkowe 2 godziny na zakup telefonu i ponowne wgranie trasy. Za Krakowem miałem zatrzymać się na noc, ale los chciał, że spotkałem dwójkę zawodników, którzy chcieli dobić tego dnia do 300 km. Pojechałem z nimi, a około północy dogoniliśmy następnych zawodników, z którymi z kolei jechałem kolejne 2 dni. Około 280 km (o 3 w nocy) skończyliśmy pierwszy odcinek trasy, nocując na stacji napraw dla rowerów. Po niecałych 4 godzinach snu, ruszyliśmy w dalszą drogę. Był to bardzo gorący dzień i zmęczenie dawało się we znaki. Jeden z naszej trójki postanowił zwolnić tempo z powodu bólu kolana. Po kilkunastu kilometrach dołączyło do nas dwóch innych zawodników. I tak razem jechaliśmy aż do wieczora. Tego dnia zrobiliśmy niecałe 220 km w bardzo ciężkim terenie. Dużo jechało się wałami i po bezdrożach. Około godziny 22.00 rozdzieliliśmy się i zostałem z kolegą, z którym jechałem dzień wcześniej. Tę noc spędziliśmy gdzieś pośrodku niczego. Jak dnia pierwszego, po 4 godzinach snu, ruszyliśmy dalej. Byłem już tego dnia bardzo obolały i bardzo zmęczony, dopadały mnie małe kryzysy. Ale poznałem też kilku fajnych kolegów na trasie, gdzie wzajemnie motywowaliśmy się do dalszej walki. Tego dnia było bardzo dużo jazdy po płytach, które niezbyt dobrze wspominam. Wszyscy myśleliśmy, że nam ręce poodpadają, do tego pod koniec dnia zaliczaliśmy bardzo długie i częste podjazdy. Tę noc spędziliśmy kawałek za Warszawą, mając już połowę trasy za sobą. Kolejnego dnia, po niecałych 4 godzinach jazdy, zaczął wyprzedzać nas inny zawodnik. Kolarz ten miał bardzo dobre tempo, postanowiłem się do niego podłączyć i wyprzedziłem razem z nim chłopaków, z którymi wcześniej jechałem. Do końca imprezy dojechaliśmy razem z moim nowym kolegą. Ustaliliśmy razem nową taktykę, że nie zatrzymujemy się w przydrożnych sklepach, tylko jedziemy od miasta do miasta. Te ostatnie były od siebie oddalone o około 50 km. Taktyka okazała się dobra. Tego dnia wyprzedziliśmy kilku zawodników. Kolejny dzień to był nasz ostatni odcinek. Do mety było około 350 km, postanowiliśmy nie spać aż do końca. Jak się później okazało, jechaliśmy ciągle przez 25 godzin. Był to dla mnie najgorszy i zarazem najpiękniejszy dzień tej przygody. Byłem już bardzo zmęczony i obolały, gdyby nie mój kolega, nie zająłbym ostatecznie tak dobrej pozycji. Po 18 godzinach jazdy obaj jechaliśmy już na „autopilocie” omal nie zasypiając. Zaczęliśmy mieć przesłyszenia, ale nie chcieliśmy rezygnować tak blisko mety. Nad ranem dogoniliśmy kobietę, która była przed nami. Była to Amerykanka April, razem z nią „kręciliśmy” ostatnie kilometry i razem też wjechalismy na metę. April była pierwszą kobietą, która dotarła do finiszu. Ja na mecie byłem bardzo szczęśliwy i zarazem totalnie nieprzytomny ze zmęczenia. Bredziłem głupoty, a zmęczenie tak dało się we znaki, że zasnąłem przy jedzeniu. Po odpoczynku okazało się, że zająłem ostatecznie 36. pozycję, spośród około 150 zawodników, którzy ukończyli maraton. Aż setka nie dała rady i musiała zrezygnować na trasie. Tym bardziej jestem z siebie zadowolony, że zrobiłem to w tak dobrym czasie.
Znajomi pytają mnie, co wygrałem oprócz spełnienia marzenia i sprawdzenia siebie. Odpowiadam, że dostałem całe mnóstwo skarbów. Gdy zamknę oczy, widzę łąkę i las w oddali. Zielony horyzont, właściwie nie tylko zielony, ale mieniący się wszystkimi odcieniami. Z herbacianym zachodem i różowym wschodem. Nigdy nie wiedziałem, że zieleń ma tyle odcieni.
Dostałem całe kilometry polnych kwiatów, które ścinałem moimi kołami. Przez ból mięśni czuję ogromną radość z pokonania kogoś wielkiego. Ten ogromny przeciwnik siedział we mnie przez cały ten czas. I szeptał: „nie uda ci się! Zejdź, zatrzymaj się, popłacz się i przeklnij”. Czasami krzyczał mi w głowie przez korzenie i szczypał pokrzywami i komarami. Od czasu do czasu rzucił gałąź w koła i sypnął miałkim piaskiem. Piekło, gdy batożył mnie ostrymi trzcinami po spoconych rękach.
A gdy było już naprawdę źle, po każdej z nieprzespanych nocy otrzymywałem nagrodę w postaci brzasku. Gdy wyczekiwany łagodny róż poranka rozświetlał moją drogę. Gdy mogłem zgasić lampkę i pomyśleć: „oto jest dla mnie prezent w postaci nowego dnia. Kolejnego dnia, w który mogę robić to, co bardzo lubię. Gonić horyzont, by sprawdzić, co jest za nim”.
P.K., opr. Turu

Komentarze

Dodane przez Abdul, w dniu 24.07.2018 r., godz. 14.34
I właśnie tego brakuje mi w naszej lokalnej prasie. Gratulacje dla Piotra. Dobra robota. Dzięki!
Kolarz
Dodane przez Obsereator, w dniu 25.07.2018 r., godz. 00.18
Brawo dla tego mlodego człowieka za pasje za wytrwałości za wytrwałości i. dotarcie do mety..Bardzo ładny artykułRedakcje prośmy o wiecej takich relacji.Powodzenia dla Piotra.
Dodane przez Anonim, w dniu 26.07.2018 r., godz. 16.04
Super
Brawo
Dodane przez Gerald z Rybienka, w dniu 31.07.2018 r., godz. 06.33
Jak wyżej.To są ważne informacje,Gratuluję wytrwałości i super przygody :)
Dodane przez Anonim, w dniu 03.08.2018 r., godz. 15.11
Brawo ! Relacja z rajdu prawie tak samo dobra jak opis wędrówki rowerowej przez Francję lat 40-tych w "Szkicach Piórkiem" Bobkowskiego.

Napisz komentarz

Dane teleadresowe

Wydawca: Tygodnik Informacyjno-Reklamowy "Wyszkowiak" S.C.

Redakcja: Justyna Pochmara, Irena Prusińska, Hanna Zielińska (kolportaż).

Adres redakcji:
ul. Gen. J. Sowińskiego 61, 07-202 Wyszków, tel./fax (0-29) 742-07-05,
e-mail: redakcja@wyszkowiak.pl

Nr konta: IdeaBank 20 1950 0001 2006 0617 8079 0002

Redakcja zastrzega sobie prawo skracania nadesłanych materiałów i nie odpowiada za treść reklam oraz listów do redakcji.

Tekstów nie zamówionych nie zwracamy. Reklamy przyjmowane są w siedzibie redakcji.

REKLAMA

  • Reklama
  • Reklama
  • Reklama

Projekt witryny

Wykonanie: INFOSTRONY - Adam Podemski, e-mail: adam.podemski@infostrony.pl